Smak NYC 12 Aug 2005

Wieczor. Pozna kolacja, kilka Nostro Azzuro - smiech. Pozniej przypadkowe spotkanie. On - z czarna dusza, jazzman - gra na trabce, spi na ziemi, pogrywal z Lamb a jego apartament w starym ex-council block to pare wzmacniaczy, mac, pc, 3 zestawy klawiszy i fantastyczna, stara podloga.

Byl w Polsce, gral z najlepszymi - ogolem zjezdzil pol swiata. Gdy uslyszalem jego lekko nowojorski akcent wiedzialem, ze cos zaskoczylo - przegadalismy do 3 nad ranem - o czym?
- O tym co zawsze - o muzyce, kobietach wszelkiej rasy - "never go back". Jest samotny - muzyka to jednak brak stabilizacji i wlasnego kata na dluzej. Gra fantastycznie. Nie moge sie doczekac na kolejne spotkanie. Na pamiatke dwa nieopublikowane nigdy albumy. Mam w glowie obraz ale jeszcze nie jestem gotowy.

Czy aby tworzyc - mam na mysli dobrze tworzyc - trzeba cierpiec? - Chyba tak - cierpienie plynie z duszy z serca, przelewa sie na plotno, papier lub instrument. Jestem w kropce - w koncu mam okazje by wrocic do malowania - czy warto sprowadzac sie na dno? - Powodow w ostatnim okresie nie brakowalo. Jednak czuje sie szczesliwy, moze to okres, przeprowadzka, nowe twarze i fantastyczny apartament , a moze po prostu brak toksycznych ludzi wokolo - pewnie wszystko razem. Z drugiej strony wiem, ze latwo pojsc na dno - gorzej do gory... a jednak kusi - szkice pod plotno czekaja - jednak nie. Jeszcze nie teraz.

Pisanie idzie mi fatalnie - stracilem brak wiary w slowa - w ostatnim okresie sluzyly tylko by klamac - jakos nie moge sie przemoc. Na szczescie ich moc pozostala nie zmieniona w relacjach z przyjaciolmi - to juz jakis poczatek.

back